(wybaczcie jakość fotki - została zrobiona telefonem bo pożyczyłam aparat i wróci do mnie dopiero po weekendzie)
Co pisze
producent? Zaczyna od… opakowania – które jest przeznaczone do recyklingu i
biodegradowalne (przypomina mi się reklama z misiem: „powiedziałeś bo Cię
walnę?” ;) ). Dbają o środowisko – to na plus. Szampon bez parabenów, a składniki
są pochodzenia roślinnego. O, to mi się podoba. Malwa ma zwiększać objętość
włosów, a my mamy poczuć różnicę: „włosy
są mocniejsze, grubsze, jakby „nadmuchane”, pełne energii”.
Pierwsze
wrażenie – pozytywne. Zgrabna butelka, idealna na podróż. Przyjemny zapach,
fajna konsystencja. Nie trzeba wylewać pół butelki by umyć włosy. Naprawdę
dobrze myje włosy i nie plącze ich. Zwykle po umyciu na noc, następnego dnia
wieczorem moim włosom daleko było do świeżości. Tym razem szampon dał radę i
włosy mogłam spokojnie umyć kolejnego dnia rano. Minus? Brak efektu objętości.
Włosy, chociaż wyglądały na zdrowe i świeże, były przyklapnięte. Gdzie ten
efekt „nadmuchania”? Dla pewności umyłam nim włosy 3 razy. Za każdym razem to
samo. Spytałam o zdanie mamę – ona również żadnej objętości nie zaobserwowała.
Nie wiem, czy
kupiłabym ten szampon. Z jednej strony – fajnie oczyszcza. Z drugiej – włosy
mam przyklapnięte. Słyszałam pozytywne opinie o pokrzywowym z tej serii, może
to na niego się skuszę? Bo volume swojej roli do końca nie spełnia niestety.
