Oto i kolejny szampon z zielonej apteki, który postanowiłam
przetestować. Jego pokrzywowy brat sprawdził się idealnie, więc pełna chęci
zabrałam się za testowanie.
Nie mam większych problemów z łupieżem, pojawia się u mnie może raz na
pół roku, a po zaatakowaniu ze dwa razy odpowiednim szamponem znika na parę
miesięcy. Mimo wszystko postanowiłam sprawdzić ten „cud natury”, żeby zobaczyć
jego efekty. Skład bez SLS, SLES i parabenów naprawdę zachęca, a moje włosy po
poprzednim szamponie z tej serii odżywają – więc uznałam, że warto przetestować
i ten.

Butelka – identyczna jak poprzednia, z wygodnym otwieraniem i
stylizowana na starą. Brązowy, lekko przezroczysty plastik pozwala zobaczyć,
ile szamponu jeszcze zostało. Po otwarciu tego szamponu uderzył mnie jego dość
specyficzny, ziołowy zapach. Przyznam szczerze – dla mnie ten szampon ma mocny,
duszący zapach i niestety niezbyt przyjemny. No ale skoro jest naturalny i ma
działać, trudno, zatykam nos i myję włosy...
W porównaniu do pokrzywowego, trzeba go wylać więcej, by zaczął się
pienić. Na szczęście nieprzyjemny zapach nie utrzymuje się na włosach i po
spłukaniu szamponu już go nie czuć. Gorzej natomiast z rozczesywaniem włosów.
Próbowałam to zrobić bez odżywek w spray’u, ale niestety nie dało się, bo
płynęły łzy :P Miałam na włosach kołtuny, dzięki odżywce w psikaczu z Biovax na
szczęście je rozczesałam bez większego uszczerbku, chociaż parę włosów więcej
wypadło… No i niestety – zauważyłam, że chociaż włosy są świeże na drugi dzień,
to niestety mam wrażenie „mrówek” na głowie – i po prostu pod wieczór
zaczynałam się drapać. Czy zatem zwalcza łupież? Mam poważne wątpliwości. Chyba
że producentom chodziło o to, że po umyciu głowy tym szamponem to samemu sobie
ten łupież wydrapiemy… Dla pewności – umyłam nim włosy dwa razy. Za każdym
razem było to samo – więc mam z nim same nieprzyjemne skojarzenia. Odłożyłam go
na półkę i czekam, aż ktoś inny go zużyje – ja już nie będę ryzykować ani
ranami w głowie od drapania, ani też wyrywaniem moich i tak rzadkich włosów.
