sobota, 20 kwietnia 2013

Przepisowo – sałatka z kapusty pekińskiej.



Mniam, moja ulubienica, zdecydowanie! Mogłabym jeść ją codziennie, a i tak by mi się nie znudziła. To przepis, wg którego robiła mi ją moja babcia – i chociaż do dziś nie przepadam za sałatkami (oprócz jarzynowej na święta) ta jest wyjątkowo pyszna! Na dodatek jest bardzo zdrowa – zawiera mnóstwo białka i witaminy z grupy A, B1, B2 i C. Mało? W składzie ma też wapń, żelazo, cynk, potas, fosfor, magnez i kwas foliowy. Wapń to podstawowy budulec kości, żelazo zapobiega anemii, a cynk wspomaga i reguluje ciśnienie i pracę serca. Dodatkowo marchewka poprzez beta karoten i witaminy korzystnie wpływa na wygląd cery i zapobiega starzeniu się organizmu. To chyba wystarczające powody, żeby wypróbować tą sałatkę? :)


SKŁADNIKI:

  1. kapusta pekińska – wybierajmy tą średniej wielkości, bez dużej ilości ciemnozielonych liści (tzw. młodą). Jedna główka średniej wielkości starcza na dwie duże sałatki.
  2. Marchewka – dwie średniej długości starczą na sałatkę z połowy kapusty.
  3. Dressing – śmietana, jogurt, majonez – do wyboru do koloru. Ja lubię opcję ze śmietaną.
  4. Sól, cukier, cytryna do smaku




SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA:

Połowę kapusty posiekać drobno nożem i wrzucić do miski. Na wierzch ścieramy na grubszej ściance tarki marchewki, a potem dodajemy szczyptę soli, ok. niepełną łyżeczkę cukru i skrapiamy sokiem z cytryny. Ostawiamy na około godzinę, a następnie tuż przed podaniem dodajemy śmietanę (ewentualnie jogurt, majonez, co kto lubi) – ok. 4 – 5 łyżek. Dokładnie mieszamy i voila! Mamy pyszną sałatkę, która jest świetną opcją zarówno do obiadu, jako lekka kolacja czy jako przystawka na imprezę. 

 

piątek, 5 kwietnia 2013

Regenerujący krem do rzęs L’biotica



Odżywkę zakupiłam w aptece za zawrotną sumę 11 złotych. Zamknięta w małym opakowaniu 10ml, ma aplikator z którego po naciśnięciu wydobywa się cieniutki paseczek przezroczystego żelu. W aplikacji jest bardzo łatwa – to tak, jakbyśmy tym żelem robiły kreskę na powiece, tuż przy linii rzęs. Odżywkę należy stosować na noc, przez minimum 30 dni. 


 

















Przyznam szczerze, miałam pewne wątpliwości gdy już ją kupiłam i przeczytałam o niej opinie. Najłagodniejsze z nich brzmiały: „oczy są rano zapuchnięte, ropieją i kleją się”. Dla mnie – użytkownika soczewek to byłoby nie do zniesienia, więc prawie tydzień robiłam do niej podchody. W końcu, 2 marca się zdecydowałam. Stosowałam ją sumiennie przez 30 dni (nie 31, raz zapomniałam). Czy opinie na wizażu są prawdziwe? Raczej nie. U mnie nie było żadnego z tych efektów ubocznych. Rano oczy miałam takie jak zwykle, raz wstałam z podpuchniętymi, ale to był efekt siedzenia do późna nad książką, nie zaś odżywki.
Efekty mojej kuracji są widoczne na fotkach poniżej:
Oto moje rzęsy przed kuracją. Najdłuższe sięgają 1 cm, reszta to ok. 8 mm.


A to moje rzęsy po 30 dniowej kuracji. Tu już najkrótsze mają centymetr, a najdłuższe ok 13-14 mm!


Uprzedzając pytania - mam naturalnie czarne rzęsy, na zdjęciach nie są one niczym zabarwione ani pomalowane.
Efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Rzęsy już po 4 – 5 dniach stosowania miałam inne. Były lekko zagęszczone, a gdzieniegdzie zaczęły wystawać malutkie włoski – a więc znak, że rosną nowe! Nie spodziewałam się, że odżywka tak szybko zdoła coś zdziałać!
Jak widać po centymetrze (którego podczas mierzenia o mało nie wpakowałam sobie do oka…) rzęsy urosły mi o ok. 3 – 4 mm. Zagęszczenie wygląda o niebo lepiej – jest ich ze dwa razy więcej, są grubsze i dłuższe! 
Moim zdaniem to genialna odżywka za niewielkie pieniądze. Stosuję ją nadal, jest bardzo wydajna i zostało mi jej jeszcze pół. No i z niecierpliwością czekam na dalsze efekty! ;)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Maska do włosów Herbal Essences Szczęśliwe zakończenia



Dziś chciałabym Wam przedstawić jedną z najfajniejszych masek do włosów na jakie trafiłam. To Herbal Essences szczęśliwe zakończenia z ekstraktem z czerwonych malin i jedwabiu. Niestety – nie jest do dostania w Rossmannie, w Naturze również jej nie widziałam. Ja trafiłam na nią w wakacje w supermarkecie (L’eclerc, Kaufland – w tych na 100% je widziałam), na dodatek w promocji, za 11,99 zł. (Bez promocji to koszt ok. 15 – 16 zł) Kupiłam wtedy trzy opakowania i na razie mam zapas :D



Opakowanie to czerwony odkręcany słoiczek, który kryje maskę w kolorze różowym, o cudownym malinowym zapachu. Zakochałam się w niej od pierwszego powąchania, a już po pierwszym użyciu ślubowałam jej wierność ;) Maska jest mało wydajna – niestety. Chociaż może to tylko moje subiektywne zdanie, bo moje końce „piją” dużo odżywek i dlatego sporo jej nakładam. Nie zastosowałam jej tak, jak zaleca producent, na parę minut, tylko na całą godzinę pod czepek i ręcznik – moje włosy są na tyle chłonne, że muszę im dać chociaż pół godziny na „wypicie”.
A teraz przejdźmy do efektów: po jej użyciu włosy są po prostu cudowne: miękkie i śliskie, ładnie nawilżone. Końcówki się nie puszą, a włosy lekko rozczesują. Maska nie obciąża ich – nie zauważyłam żeby były przyklapnięte czy przetłuszczone. Przy okazji delikatnie nabłyszcza – jak dla mnie ideał! Nie stosuję jej często – ok. raz na tydzień/dwa, bo boję się, że włosy mi się do niej przyzwyczają. Jak na razie – z dobrym skutkiem, bo zużyłam już półtora słoiczka i efekty nadal są widoczne :)
Co do analizy składów – dziękuję za długi i wyczerpujący moje wątpliwości komentarz pod postem o szamponie od osoby Anonimowej – strona http://www.cosdna.com/eng/ingredients.php/ stała się jedną z moich ulubionych i wiem już, że dziś opisana odżywka z herbala ma 3 konserwanty (preservative), które zostały zaznaczone jako czerwony kwadracik – a więc są szkodliwe. Moim zdaniem 3 negatywy na 11 składników zielonych (!) i kilka żółtych to i tak niezły wynik, zważywszy na jego naprawdę fajne działanie na moje włosy.
A Wy? Próbowałyście już kosmetyki herbal essences? Jak na Was działają?

wtorek, 26 marca 2013

Kobo Amethyst lakier do paznokci



Dziś po raz pierwszy – recenzja lakieru do paznokci. Mam stresa! ;) Wiem, że pewnie jakość zdjęć i wiele innych rzeczy należy udoskonalić, ale chyba każdy jakoś zaczynał, prawda? No ale do rzeczy :)


Lakier Kobo Amethyst nr 28 to jeden z moich ulubieńców. Ma błyszczące, fioletowo niebieskie drobinki, które w słonku sprawiają, że moje paznokcie iskrzą się jak szlachetne kamienie. Foto na 100% nie oddaje piękna tego odcienia, niestety. Daje zaledwie namiastkę. 



Lakier schnie dość szybko i ma wygodny, choć wąski pędzelek. Kryje po jednej grubszej warstwie, chociaż osobiście wolę dwie cienkie, bo wtedy szybciej schnie :) Po ok. 3 dniach zauważamy lekko starte końce paznokci – widoczne na foto – no tak, oto jedna z wad ciemnych lakierów. Mimo wszystko bardzo lubię do niego wracać. Fakt, moje pazurki na fotkach nie są idealnie pomalowane – ale to moja wina, bo malowałam je w samochodzie ;) Zdjęcie było robione gdy lakier na paznokciach był już 3ci dzień – chciałam Wam pokazać jego wytrzymałość i fakt, że nigdzie nie odprysnął mimo wykonywania miliona różnych czynności (z myciem włosów, naczyń i podłóg na czele ;)). Warto go wypróbować; ma tylko jedną wadę – pod lakier trzeba dać bazę lub bezbarwną odżywkę, inaczej zabarwi płytkę… Ot, taki mały łobuz ;)

piątek, 22 marca 2013

Szampon Green Pharmacy przeciwłupieżowy dziegieć brzozowy i cynk



Oto i kolejny szampon z zielonej apteki, który postanowiłam przetestować. Jego pokrzywowy brat sprawdził się idealnie, więc pełna chęci zabrałam się za testowanie.
Nie mam większych problemów z łupieżem, pojawia się u mnie może raz na pół roku, a po zaatakowaniu ze dwa razy odpowiednim szamponem znika na parę miesięcy. Mimo wszystko postanowiłam sprawdzić ten „cud natury”, żeby zobaczyć jego efekty. Skład bez SLS, SLES i parabenów naprawdę zachęca, a moje włosy po poprzednim szamponie z tej serii odżywają – więc uznałam, że warto przetestować i ten. 

















Butelka – identyczna jak poprzednia, z wygodnym otwieraniem i stylizowana na starą. Brązowy, lekko przezroczysty plastik pozwala zobaczyć, ile szamponu jeszcze zostało. Po otwarciu tego szamponu uderzył mnie jego dość specyficzny, ziołowy zapach. Przyznam szczerze – dla mnie ten szampon ma mocny, duszący zapach i niestety niezbyt przyjemny. No ale skoro jest naturalny i ma działać, trudno, zatykam nos i myję włosy...
W porównaniu do pokrzywowego, trzeba go wylać więcej, by zaczął się pienić. Na szczęście nieprzyjemny zapach nie utrzymuje się na włosach i po spłukaniu szamponu już go nie czuć. Gorzej natomiast z rozczesywaniem włosów. Próbowałam to zrobić bez odżywek w spray’u, ale niestety nie dało się, bo płynęły łzy :P Miałam na włosach kołtuny, dzięki odżywce w psikaczu z Biovax na szczęście je rozczesałam bez większego uszczerbku, chociaż parę włosów więcej wypadło… No i niestety – zauważyłam, że chociaż włosy są świeże na drugi dzień, to niestety mam wrażenie „mrówek” na głowie – i po prostu pod wieczór zaczynałam się drapać. Czy zatem zwalcza łupież? Mam poważne wątpliwości. Chyba że producentom chodziło o to, że po umyciu głowy tym szamponem to samemu sobie ten łupież wydrapiemy… Dla pewności – umyłam nim włosy dwa razy. Za każdym razem było to samo – więc mam z nim same nieprzyjemne skojarzenia. Odłożyłam go na półkę i czekam, aż ktoś inny go zużyje – ja już nie będę ryzykować ani ranami w głowie od drapania, ani też wyrywaniem moich i tak rzadkich włosów.
 

wtorek, 19 marca 2013

L’BIOTICA BIOVAX dwufazowa odżywka bez spłukiwania do włosów słabych ze skłonnością do wypadania



Moja ulubiona odżywka bez spłukiwania, kosztuje ok. 19 zł bez promocji (w promocji ok. 14 – 15). To, co Biovax robi z moimi włosami, to cud :) 

Zacznijmy od tego, co wg producenta jest zawarte w 150ml buteleczce :) 

I FAZA - REGENERUJĄCA oparta na PANTHENOLU (prowitamina B5) - działa na wewnętrzną strukturę włosów, skutecznie je regenerując. Utrwala keratynę w łuskach włosów, dzięki czemu stają się one zdrowsze oraz pełne blasku. Wpływa łagodząco i odżywczo na skórę głowy, wzmacniając cebulki włosów, co zapewnia im właściwy wzrost.
II FAZA - WZMACNIAJĄCA oparta na JEDWABIU I EKSTRAKCIE Z ALOE VERA - wzmacnia włosy oraz skutecznie zmniejsza ich łamliwość działając na ich zewnętrzną warstwę. Reperuje i zamyka rozdwojone końcówki. Wygładza włosy i zapobiega ich elektryzowaniu. Nadaje im jedwabisty połysk i miękkość. Intensywnie odżywia włosy, chroniąc przed nadmiernym wypadaniem. Nie wymaga spłukiwania.
Nie zawiera parabenów, SLS, SLES, glicolu propylenowego.

Odżywka niezmieszana
Zmieszana odżywka
















  

Odżywka składa się z dwóch „warstw” – regenerującej (biała „pianka” na górze) i wzmacniającej (zielony płyn na dole). Przed użyciem wstrząsnąć ;)

Tyle tytułem wstępu. A jak jest naprawdę? Umyłam włosy moim pokrzywowym szamponem, odżywki nałożyłam tyle, co zwykle, a potem osuszyłam włosy ręcznikiem i użyłam Biowaxa. Na pewno ma plus za wygodną aplikację w „psikaczu”. Zapach jest dość specyficzny, lekko słodkawy – mi osobiście się podobał ale domyślam się, że kilku osobom może przeszkadzać i „mulić”. Włosy rozczesywały się po niej jak marzenie, wypadło mi może z 5 włosków! Za to podłapała ogromnego plusa. Czy wzmacnia włosy? Hm, nie jestem przekonana. Mam mocniejsze włosy ale już od ponad pół roku używam regularnie masek z Biovaxa i chyba to głównie nim zawdzięczam ten stan, a ta odżywka może co najwyżej „wspomóc” swoje koleżanki z tej samej firmy. Moje włosy po użyciu tego spray’u są jedwabiście gładkie i miłe w dotyku, nie elektryzują się i ładnie układają. Wydają się być nawilżone, ale nie przeciążone, co w przypadku moich przetłuszczających się u nasady włosów jest dość trudne do osiągnięcia. Łuski włosów są zamknięte, a końcówki gładkie. Jak dla mnie jest dość wydajna – szału nie ma pod tym względem, ale mam cienkie włosy i sięgają obecnie tylko do łopatek więc nie muszę dużo „psikać”, ale myślę posiadaczki gęstej i długiej czupryny mogłyby narzekać na wydajność.
I teraz zasadnicza kwestia – czy włosy po niej rzeczywiście mniej wypadają. Trudno mi jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Zastosowałam ją „próbnie” dwa razy z odżywką z Garniera, a obecnie stosuję w „pakiecie” z maską opisaną w poprzednim poście, również do włosów słabych z tendencją do wypadania. Ten pakiet sprawdza mi się idealnie – włosów wypada mi naprawdę ze 3 na krzyż, a w zeszłym roku o tej porze roku (marzec – kwiecień) wyjmowałam z sitka po myciu garść włosów. Ta seria naprawdę dobrze działa i z ręką na sercu mogę polecić ją każdemu, kto ma problemy z wypadaniem włosów, chociaż osobiście radzę zacząć od maski, bo spray, chociaż skuteczny, to sam raczej cudów nie zdziała. 
P.S. W promocji z tą odżywką otrzymujemy saszetkę maski BIOVAX z tej samej serii :) Tak więc można wypróbować od razu "w pakiecie", do czego Was zachęcam!

czwartek, 14 marca 2013

L’BIOTICA BIOVAX maska do włosów słabych, ze skłonnością do wypadania



Wybaczcie długą nieobecność - była spowodowana awarią komputera. Mam nadzieję, że mój staruszek już nie nawali ;)
Dziś chciałabym Wam przedstawić moją przyjaciółkę z Biovax :) To moja druga odżywka – maska Biovaxa i jestem z niej bardzo, bardzo zadowolona.
Pierwsza była do włosów blond, skończyła mi się w grudniu – odżywiała podobnie do tej, a włosy po niej miałam jakby lekko rozjaśnione (pewnie przez ekstrakt z cytryny, chociaż słonko w lato też pewnie robiło swoje), ale czy do niej powrócę to nie wiem. Biovax ma tyle innych świetnych odżywek, że najpierw muszę wypróbować inne żeby określić, którą pokocham całym serduchem, tak na 100% ;)
Drugą na mojej liście była odżywka do włosów słabych, z tendencją do wypadania. Był okres czasu, że wypadały mi one garściami. Gdy zaczęłam po myciu wyjmować je z odpływu i uzbierała się ich garść, przestraszyłam się nie na żarty. Pierwsze co to poszukałam w aptece jakiegoś suplementu na ich wzmocnienie – ale o tym w innym poście. Po drugie poradziłam się znajomej fryzjerki, co z tym fantem zrobić – poleciła mi serię Biovax. I tak trafiłam do apteki i wynalazłam na półce tę oto maskę. Była w promocji – za 500 ml zapłaciłam 24 złote. 


Opakowanie to duży słoik, z przykrywką. Odżywka ta jest gęsta, w kolorze lodów pistacjowych i bardzo przyjemnie pachnie migdałami. Był do niej dodany czepek tzw. „termocap”, więc od razu zaczęłam kurację. Umyłam włosy, osuszyłam ręcznikiem i zaaplikowałam odżywkę – maskę na całe włosy (nie pomijając wmasowania jej w skórę głowy). Potem założyłam czepek, owinęłam głowę ręcznikiem i zajęłam się swoimi sprawami. Po około godzinie poszłam spłukać włosy. Pierwsze co mnie uderzyło to ciepełko, które aż biło od moich włosów. Drugie co zaobserwowałam to ich miękkość i gładkość. Jeszcze nie spotkałam maski bez SLS, SLES i innej chemii, po której miałabym tak cudowne włosy. Osuszyłam je i rozczesałam – poszło jak po maśle. Włosy były aksamitne i miękkie, wręcz same się układały, a nie były ani trochę obciążone ani napuszone. Po ok. 5 użyciach (zwykle trzymałam odżywkę w cieple godzinę czy dwie, a raz zdarzyło mi się o niej zapomnieć i zmyłam ją dopiero po 4!) mogłam śmiało powiedzieć, że naprawdę działa. Włosów wypadało mi zdecydowanie mniej, a obecnie (po 2 miesiącach używania) to naprawdę przysłowiowe 3 włosy na krzyż. Włosy po ponad półrocznej kuracji Biovaxem są naprawdę mocniejsze i zdrowsze. Pomimo średnio przyjaznych opinii w Internecie ja śmiało polecam ją wszystkim, którzy jeszcze nie próbowali. Ja natomiast kiedy tylko wykończę to dość duże opakowanie, zamierzam znowu kupić jakąś maskę z tej serii – jaką, sama jeszcze nie wiem, bo wybór jest przeogromny a po zastosowaniu dwóch wiem na pewno, że chyba każda z nich będzie działać :) 

środa, 6 marca 2013

Tusz do rzęs Rimmel Sexy Curves Mascara



Oto tusz, którego używałam jeszcze całkiem niedawno, bo ok. 2 miesiące temu. Maskara firmy Rimmel kosztowała ok. 24 złote, a była kupiona w drogerii Rossmann. Miała za zadanie pogrubiać rzęsy do 70% i wydłużać, a to wszystko dzięki trójwymiarowej szczoteczce. Czy tusz spełnił swoje zadanie? Przeczytajcie.










Opakowanie ma bardzo ciekawy design – w intensywnym fioletowym kolorze. Szczoteczka początkowo budziła moje obawy, z uwagi na jej nietypowy kształt. Na szczęście, niepotrzebnie. Wrażenia po pierwszej aplikacji były tylko pozytywne. Tusz bardzo ładnie pogrubiał i podkręcał rzęsy, efekt był wręcz teatralny! Żałuję tylko że bloga założyłam po jej wykorzystaniu bo nie dysponuję żadnym zdjęciem rzęs – a szkoda. Bardzo fajnie rozdzielała rzęsy, a stosując ten tusz przez 4 miesiące nie uświadczyłam na nich grudek. Nie podrażniała i nie szczypała, a białka oczu były bielutkie – to dość istotne dla osób noszących soczewki. Generalnie byłam z niej bardzo zadowolona i myślę, że jeszcze do niej wrócę – dlatego m.in. zachowałam opakowanie :)

Jeśli ktoś z Was ma zamiar ją kupić, to mała rada z mojej strony – rzęsy bardzo korzystnie wyglądają, gdy tusz nakładamy zygzakowato – nakładany prosto również wygląda fajnie, ale troszkę eksperymentowałam i takie jest moje subiektywne wrażenie :)

niedziela, 3 marca 2013

Przepisowo – zapiekanki z chleba



Znacie to uczucie, gdy kochacie świeży, chrupiący chlebek, po którym zazwyczaj już w niedzielę wieczór pozostają tylko smakowite wspomnienia? Bo ja tak. Ale mam na to fajny wypróbowany przepis na ożywienie czerstwego chleba, banalnie prosty :)

SKŁADNIKI:
  1. „Chleb –mam na myśli taki lekko czerstwy, a ilość kromek zależy od tego, jaki mamy apetyt ;)
  2. Żółty ser – ilość zależy od ilości zapiekanek, które chcemy wykonać :) Mi wystarcza ok. 6 plasterków jeśli robię zapiekanki na 2 – 3 osoby. Ja preferuję ten w kostce, który sama kroję w plasterki, ale znam osoby, które wolą taki pakowany po plasterku :)
  3. Szynka/kiełbasa/wędlina – tu panuje dowolność, co kto lubi, co kto woli.
  4. Dodatki: np. ogórek
  5. Keczup, musztarda, majonez – do wyboru, do koloru.

SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA:
Rozgrzewamy piekarnik do 100 stopni. W tym czasie kroimy chleb i robimy tak, jakbyśmy przygotowywali zwykłe kanapki: chleb, na to wędlinka, potem dodatki (np. ogórki w plasterkach) i na wierzch żółty serek. Wstawiamy je do piekarnika, zwiększamy temperaturę do ok. 120 stopni i czekamy ok. 8-10 minut – czyli do czasu aż zauważymy, że serek jest rozpuszczony. Potem wyjmujemy nasze zapiekanki, upiększamy keczupem, musztardą i mamy gotową ciepłą kolacyjkę na szybko. 
Wybaczcie brak foto, te zapiekanki znikają tak szybko (no i stygną niestety) że nie pamiętałam nawet o jednym poglądowym foto tylko jak rasowy łakomczuch od razu je zjadłam… Ja preferuję zapiekanki tylko z serem i keczupem, a dla reszty moich domowników dodaję zwykle jeszcze wędlinę i ogórki. Ale tutaj możliwości są nieograniczone – każdy dodaje co lubi, słyszałam też o opcjach z drobno pokrojoną cebulą i papryką, ale nie próbowałam takich wynalazków :)

czwartek, 28 lutego 2013

Krem Normaderm Vichy Pro mat


Będąc „na mieście” zwykle biorę wszystkie ulotki, które mi ludzie wciskają. Raz, że mnie to nic nie kosztuje jeśli wyrzucę je za 100 metrów czy wrzucę do torebki, a dwa, że skoro chcą uczciwie zarobić, to czemu im nie pomóc. I tak wczoraj rano stałam się właścicielką próbki kremu Vichy Pro mat, które to próbki rozdawała bardzo miła hostessa. Większość ludzi ją mijała bez słowa i nie zwracała uwagi na wyciągniętą rękę w próbką i słowa zachęcające do darmowego wypróbowania kosmetyków, ale ja postanowiłam skorzystać. W zamian za wzięcie próbki kremu i słowo „dziękuję”, dostałam od tej dziewczyny jeszcze jedną próbkę :D Ale co do zawartości tej drugiej napiszę za jakiś czas :) Tyle tytułem (przy)długiego wstępu, że uprzejmość popłaca :D Przejdźmy teraz do recenzji.
Dostałam małą zieloną saszetkę kremu, którą wykorzystałam już dziś rano :D Saszetka wylądowała w koszu, ale za to wstawiam tubkę kremu.


 Tubka na fotografii wydaje się dość poręczna, ale jak na krem do twarzy dość mała – 30 ml. Po umyciu i tonizowaniu postawiłam wszystko na jedną kartę – idąc na cały dzień na uczelnię posmarowałam się tym kremem i miałam dużą nadzieję, że od 8 do 16 rzeczywiście moja cera będzie matowa. Krem ma delikatny zapach i bardzo szybko się wchłania, nie pozostawiając tłustej warstwy. I co tu dużo mówić – spełnił swoje zadanie idealnie! Pięknie zamatowił moją buzię i nawet idąc o 19 pod prysznic i zmywając makijaż to stwierdziłam,  że dawno nie miałam tak świeżej i matowej buzi po całodziennym maratonie pomiędzy uczelnią domem i sklepami… I jeśli mam być szczera – marzę o jakiejś promocji tego kremu, bo 60 zł za tubkę to jednak troszkę za dużo niestety, przynajmniej jak dla studentki.

poniedziałek, 25 lutego 2013

Żel pod prysznic Yves Rocher Jardins du Monde Granat


Dziś chciałabym Wam przedstawić mój ulubiony żel pod prysznic, który dostałam w paczce kosmetycznej na Mikołaja. (sprawdziłam jednak i cena to ok. 10 zł.) Zakochałam się w nim od pierwszego powąchania :D A po pierwszym użyciu stwierdziłam, że długo pobędziemy razem :)

Zacznę od butelki. Płaska, dość wygodna i nieduża, sprawdziła się idealnie w czasie wyjazdu na ferie. Otwarcie niestety sprawia problem. Mokrymi rękami można się z nim dłuuuugo siłować, a przy okazji i paznokcie połamać. Ja wpadłam na pomysł i otwieram tuż przed wejściem do wody, żeby potem nie było problemów.
Żel jest gęsty i wydajny, nie ubywa go dużo po kilkunastu użyciach. Stosuję do na zmianę z jeszcze jednym żelem ale po ok. 3 miesiącach używania sporo go jeszcze zostało. Bardzo ładnie się pieni, łagodnie a zarazem dokładnie myje i nie podrażnia, a skóra po nim jest miękka i gładka. No i najważniejszy plus – cudowny zapach! Dostałam granat, chociaż pewnie przez czerwony kolor się Mikołajowi pomylił z truskawką ;) Ale i tak jestem zachwycona, bo owocowe zapachy to jest to, co tygryski lubią najbardziej! Zapach długo utrzymuje się na skórze – można wąchać i wąchać :)
Czy go jeszcze kupię? Oczywiście! Ale najpierw obwącham wszystkie inne zapachy z tej serii, może jakiś inny mnie zaczaruje na równi z granatem? ;)

sobota, 23 lutego 2013

JOKO shine effect powder - alternatywne zastosowanie


Panie i Panowie, oto nie całkiem udany prezent od koleżanki. Czemu nie całkiem udany? Otóż ja nie używam pudrów. Moja mama też za nimi nie przepada. Więc cóż zrobić z prezentem, który nie do końca nam pasuje? Dać komuś innemu? Ja po dokładnym obejrzeniu zawartości pudełka postanowiłam wypróbować puder jako… alternatywny cień do powiek. Czy mi się udało? Przeczytajcie :)
Joko rozświetlający puder z drobinkami jak dla mnie idealnie sprawdzał się jako delikatny cień do powiek – są w delikatnym odcieniu beżu, ożywione przez złote drobinki i lekko zmatowione. Beż pasuje do każdego koloru oczu – do moich niebieskich również. Śpiesząc się na uczelnię brałam odrobinę pudru na opuszek palca, maznęłam powiekę, wytuszowałam rzęsy i byłam gotowa do wyjścia, a oczy były fajnie rozświetlone i wyglądały naprawdę korzystnie. Minusem było jedynie opakowanie, a konkretnie odkręcane wieczko. Było ono  przezroczyste i plastikowe, przez co szybko pękło.

Wybaczcie brak dobrego zdjęcia, wyglądu opakowania i ceny – pomysł wpadł mi do głowy z chwilą, gdy puste opakowanie wylądowało w koszu. Dostałam go rok temu, a obecnie szukam tego pudru w sklepach – odwiedziłam ze 4 drogerie i nigdzie nie mogę go znaleźć, nawet na allegro… A szkoda i to wielka, bo jako cień do powiek sprawdzał mi się idealnie. Dysponuję jedynie mocno powiększonym zdjęciu na palcu (obok) i jednym na dłoni, już mniej widocznym (poniżej). 

Post ma również "drugie dno". Chciałabym zapytać Was, czy nie widziałyście go czasem w jakimś sklepie? Bo z moich poszukiwań nic nie wyszło i nie mam pojęcia gdzie znajdę mój puder - cień.