wtorek, 9 lipca 2013

Płyn do demakijażu RIMMEL LONDON Gentle Eye Make up Remover

Dziś chciałabym Wam przedstawić bubla. Płyn do demakijażu Rimmel, który zakupiłam w Rossmanie okazał się totalnym niewypałem i nie wiem, czy w ogóle go skończę. Szczerze mówiąc – wątpię. Dziś ograniczę się do podania jego plusów i minusów bo jestem nim baaardzo rozczarowana.

PLUSY:
fajne, wygodne opakowanie zamykane na klips, małe (125 ml) i idealne na podróż, przezroczyste a więc widać, ile już zużyłyśmy, fakt że nie podrażnia oczu, jest łagodny, o neutralnym, bardzo miłym i delikatnym zapachu. Dobrze zmywa podkład i puder - tak twierdzi moja mama, która obecnie go użytkuje.

MINUSY:
 ciężko zmywa tusz do rzęs. W lato, gdy moje malowanie ogranicza się do tuszu i błyszczyka to dla mnie bardzo ważne jest, żeby szybko i bezboleśnie zmyć maskarę. Cóż, płyn może i ją zmył, ale po trudach i kombinowaniu (dopiero w połączeniu z chusteczką higieniczną dał radę…). Tuszu wodoodpornego nawet nie ruszył. Niestety, mimo zapewnień producenta że zmywa wodoodporne maskary, to jednak kompletnie sobie nie radzi.

Tak czy tak – nie polecam, jak dla mnie to pieniądze wyrzucone w błoto. Nie kupię ponownie i szczerze powiedziawszy chyba nawet tego jednego nie skończę… 

piątek, 5 lipca 2013

Idziemy w tango! ;) KOBO lakier do paznokci 23 TANGO RED

Wybaczcie długą nieobecność – sesja, obrona…

Dziś chciałabym Wam przedstawić mój ulubiony lakier do paznokci tango red – i ostrzegam, trzeba zobaczyć na żywo! Bo żadne zdjęcie nie oddało niestety jego uroku :(
A oto i on! Jaśniejszy niż w rzeczywistości, ale nadal piękny TANGO RED!
tutaj nieco widać urocze drobinki, ale kolor nadal wychodzi jaśniejszy niż w rzeczywistości :(

Kryje po 1 - słownie JEDNEJ! warstwie, za co już go pokochałam :D Schnie przeciętnie, ma wygodny pędzelek. Lakier jest bardzo trwały - fotki wykonałam trzeciego dnia po malowaniu - co nieco widać po końcówkach i tuż przy skórkach. Nie oszczędzałam go i przeżył m.in. codziene kąpiele, mycie naczyń czy wizytę na basenie. Jestem z niego mega zadowolona - ma intensywny, czerwony kolor o lekkim zabarwieniu wiśniowym z opalizującymi drobinkami. Cudownie wygląda w słonku. KOBO na stale zagościł w mojej kosmetyczce, obecnie sprawdzam jego trwałość na pazurkach u stóp i po dwóch tygodniach mogę śmiało powiedzieć - on zniesie wszystko :D No, może oprócz zmywacza... ;)
P.s. Mała rada od blondyny - pod lakier nałóżcie bazę, odżywkę czy bezbarwną emalię - nieco barwi płytkę na różowo :(

wtorek, 11 czerwca 2013

Moja włosowa historia


Wszystkie blogerki mają włosową historię? Mam i ja! ;) A tak na poważnie – chcę Wam opowiedzieć jak to się stało, że stałam się włosomaniaczką i jakie etapy przechodziły moje włoski.
Zacznę może trochę wcześniej niż wszyscy, bo od narodzin :D Miałam wtedy mocne, kręcone, kruczoczarne włosy. Niestety – ów uroczy kolor zaczął blaknąć, a loczki się rozprostowywały, by około 3-4 roku życia przybrać barwę ciemnego blondu. 
Do komunii nie szłam jak większość w długich do pasa włosów – u mnie w domu wszystkie kobietki miały krótkie fryzury i mnie też od małego uczono, że moje włosy są dość słabe i cienkie, na długie się nie nadają, a krótkie fryzurki są praktyczne, a przy tym i włosy zdrowsze. 
W tym błogostanie dożyłam do 5 klasy – wtedy wszystkie dziewczynki z klasy nosiły się na długo – i ja też tak chciałam! Zaczęłam zapuszczać i o dziwo szło mi rewelacyjnie! W 2 lata z włosów do ramion (króciutkich, nadawały się tylko do spięcia w kucyka – małą kitkę) zapuściłam włosy praktycznie do talii, a one znów zaczęły się delikatnie falować. Bez żadnych rewelacyjnych metod i drogich kosmetyków! I tak przenosiłam piękne długie naturalne włosy przez całe gimnazjum.
Potem jednak poszłam do liceum – i wtedy zaczęły się eksperymenty. Pierwsze rozjaśnianie, a po nim obcięcie włosów do łopatek, by „odżyły”. Rzeczywiście, było z nimi lepiej. Ale Blondynce zachciało się kolejnej odmiany! I ścięła włosy ledwo za ramiona. Potem przyszły eksperymenty kolorystyczne: od blondu po brąz, rudości, ciemną czekoladę (kolor prawie czarny mi wyszedł!), a potem znów blond. Domyślacie się, w jak opłakanym stanie znalazły się moje włosy. Obcięłam je więc do brody, na modnego wtedy boba. I tego boba przenosiłam przez dobre 3 lata, szczęśliwa, że włosy stały się niewymagające. Używałam jedynie szamponu, a potem odbudowującej odżywki. Pantene, Schauma, Nivea, Elseve, Sunsilk – te marki gościły na moich półkach najczęściej. Po zapuszczeniu włosów znów za ramiona, zaczęły mi się strasznie puszyć końcówki. A więc cel – fryzjer. Ten polecony jednak spierniczył mi cała fryzurę, cieniując, tnąc i kombinując tak, że co rano spędzałam przed lustrem 15 minut kręcąc włosy lokówką z okrągłą szczotką. Gdy po roku zdecydowałam się odwiedzić inną fryzjerkę, ta złapała się za głowę, trochę wyrównała nierówne cięcie poprzedniczki i zapytała o moją pielęgnację włosów. Odpowiedziałam: no normalnie, dobry szampon i odżywka! Ta się tylko uśmiechnęła (domyślam się już dlaczego, sama bym tak teraz zareagowała) i poleciła mi fryzjerskie serum na końcówki – obecnie nie pamiętam nazwy, ale wiem że robiło z moimi końcówkami cuda. Po jego stosowaniu mogłam spokojnie zapuszczać włosy a do fryzjera chodziłam raz na 7 – 8 miesięcy. Potem cóż, fryzjerka wyjechała, a po moim serum pozostały wspomnienia… Tak było ok. 2 lata temu.
Obecnie – od roku świadoma włosomaniaczka unikam praktycznie wszystkich w/w firm. Analizuję składy. Wiem, że szampon ma jedynie oczyścić włosy, a od odbudowy to jest maska i odżywka. Olejuję włosy. Używam termoochronnych kosmetyków, jeśli na większą okazję kręcę je lokówką. Unikam suszarki, a jeśli już muszę jej użyć, to jedynie chłodny nawiew wchodzi w grę. Wiem, że w zapuszczaniu nie chodzi o ilość, ale o jakość kosmyków – lepiej mieć 5 cm krótsze, ale zdrowe, a nie rozdwojone strąki. Mam włosy do łopatek – a celem jest fryzura z gimnazjum, czyli włoski do talii. Wiem, że potrzebuję na to ok. 2 - 3 lat (łącznie z ich wyrównaniem z cieniowania) ale wierzę, że mi się uda – wystarczy trochę cierpliwości i odpowiednia pielęgnacja wg upodobań moich włosów.
P.S. Nie znam się na żadnych emolientach czy innych cudach – chcę Wam pokazać, że bez tej specjalistycznej wiedzy też da się dobrze dbać o włosy! Wystarczy je obserwować i odpowiednio pielęgnować – one same wiedzą, co dla nich jest najlepsze!

wtorek, 4 czerwca 2013

Szampon ISANA FRUCHT I VITAMIN owoce i witaminy (pomarańczowy)

Pierwszy raz skusiłam się na szampon z tej rossmanowskiej serii. Przyznam szczerze, że raz kupiłam odżywkę Isany do włosów farbowanych i nie byłam z niej zadowolona (po 3 czy 4 użyciach zużyłam ją w końcu do golenia nóg…) tak więc długo „czaiłam się” na inne produkty tej firmy.

Szampon kosztuje ok. 5 zł za 400ml, zamknięty jest w pomarańczowej buteleczce z wygodnym otwieraniem „clip in”. Butelka jest mleczna i lekko przezroczysta, a więc widzimy, ile jeszcze zostało nam szamponu. Szampon jest dość gęsty, w kolorze brzoskwiniowym. Jest bardzo wydajny, super się pieni i rewelacyjnie pachnie owocami; ja wyczuwam w nim nutkę pomarańczy :)
Włosy po jego zastosowaniu są czyste, miękkie i lśniące, łatwe do rozczesania – nie trzeba nawet nie wiadomo ile odżywki. Wyglądają naprawdę korzystnie i ładnie pachną :) Są łatwe do ułożenia, zdyscyplinowane i jakby ich więcej :) Jestem naprawdę bardzo zadowolona z jego działania.
W składzie ma SLS, jednak moje wysokoporowate włosy lubią takie szampony od czasu do czasu. Poza tym analiza składu nie wykazała ŻADNEGO czerwonego kwadracika! Jestem z tego składu zadowolona i to kolejny plus tego szamponu :)
Denerwuje mnie tylko fakt, że nie znając ni w ząb niemieckiego muszę każdą butelkę z ISANY brać do ręki i czytać polską naklejkę z tyłu, bo nie wiem z jakim szamponem mam do czynienia… Mimo wszystko – pomarańczowego owocka na pewno jeszcze kupię, bo jest naprawdę dobry i niewiele kosztuje :)

P.S. wybaczcie że ostatnio nie komentowałam - to nie tak! Po prostu żaden komentarz się nie dodawał! teraz, po zmianie przeglądarki jest nieco lepiej.

czwartek, 30 maja 2013

Tusz do rzęs Astor Big and Beautiful Play It Big Mascara



Tusz ten kupiłam w pakiecie z lakierami, kosztował ok. 30 zł (sam tusz, bez promocji to wydatek ok. 35). Opis producenta bardzo mnie zachęcił – tusz miał przede wszystkim „mega pogrubiać rzęsy” (sama mam je dosyć długie więc zależy mi przede wszystkim na ich pogrubieniu i tylko leciutkim wydłużeniu).
„Tusz posiada wyjątkową szczoteczkę z ultra delikatnymi włóknami, które otulają każdą rzęsę pojedynczym pociągnięciem. Rzęsy natychmiast są pogrubione i wymodelowane. Specjalna formuła High-Tech przedłuża szczoteczkę 4 mm włóknami Black Extensions, dzięki czemu chwyta ona rzęsy rozdzielając je bez efektu grudek.
Widocznie wydłużone rzęsy od 71% do 83%. Mascara pogrubia je aż trzynastokrotnie.
Testowana dermatologicznie. Odpowiednia dla osób noszących soczewki kontaktowe.”
(cytat za: wizaz.pl) 


Cóż, skusiła mnie przede wszystkim wizja pogrubienia, silikonowa szczoteczka i fakt, że tusz jest odpowiedni dla osób z soczewkami (tak, tak, to ja). A co się okazało? Zapraszam do recenzji.
Opakowanie tuszu jest klasyczne, pogrubione, w malinowym kolorze, z naprawdę fajnie wyglądającą szczoteczką w kształcie baryłki, silikonową – przekonałam się do takich już dawno temu i moim zdaniem żadna szczoteczka z włoskami nie może się z taką równać.
Ale przejdźmy do sedna, czyli jak się sprawdza w użyciu. Pomalowałam rzęsy jedną warstwą. Hm, coś nie tak. Jakoś zagęszczenie nie było takie oszałamiające jak obiecywali (a mało rzęs nie mam przecież), a i długość pozostawiała wiele do życzenia… Pociągnęłam drugi raz… No, ok. Było ok. Nie żadne „super”, „wow”, czy nawet „fajnie”. Było po prostu ok, czyli staropolskie „szału ni ma”. Już wtedy wiedziałam, że rewelacji i fajerwerków tutaj zabraknie. Ale po półtora miesiąca stosowania go (dwuwarstwowo) po prostu się załamałam. Tuszu muszę nakładać ze 4 warstwy, żeby rzęsy wyglądały „jako tako”, a i tak w pakiecie dostaję grudki i sklejone partie rzęs. Po jednej warstwie to mam wrażenie, że na moich rzęsach nie ma kompletnie nic. Sprawdziłam datę przydatności tuszu – wszystko było w najlepszym porządku; szkoda, że tylko na opakowaniu. Mam wrażenie, że albo ten tusz jest do kitu, albo po 5 tygodniach sobie wysechł…
Dodam dla pewności, że żywotność tuszu u mnie to ok. 4 – 5 miesięcy. Nie maluję się codziennie, a jeśli już to nie robię sobie paru warstw – „normalnym” tuszem wystarczy mi jedna. Rzęsy maluję od 16 – 17 roku życia (czyli będzie już parę ładnych latek), więc mam w tym wprawę – i naprawdę bardzo rzadko zdarzają mi się sklejone rzęsy.
Tak czy tak – tego tuszu nie polecam. Chyba że chcecie się bawić jak ja – szkoda mi go wyrzucić dlatego najpierw maluję się nim, a potem „dorzucam” warstwę innego. I przemęczę się pewnie jeszcze jakiś czas, a potem z ulgą i zapewne z wilczym biletem go wywalę.
P.S. Foto oka nie mam – obecnie musiałabym Wam przedstawić albo posklejane, krótkie rzęsy (co nie jest szczytem moich marzeń, naprawdę!), albo dwie warstwy tuszu – pierwszą tego i kolejną innego, co mija się z celem, bo to recenzja astora, a nie reklama połączenia dwóch firm.

piątek, 24 maja 2013

Liebster Blog Award - czyli o zabawach blogowych :)

Nie przepadam za zabawami blogowymi i pytaniami, na które nominowane osoby muszą odpowiedzieć. Ale cóż, baaardzo lubię  bloga SWATCHMEN i chyba nie odmówię tym razem! ;)
Na czym polega zabawa?
"Nominacje otrzymujemy od innego bloggera. Przeważnie nagrody otrzymują blogi o małej ilości obserwujących (do 200), co pozwala na ich rozpowszechnianie. Jest to „nagroda” za nienaganne prowadzenie bloga. Odpowiadasz na 11 pytań otrzymywanych od osoby nominującej, następnie TY masz za zadanie nominować 11 osób i podać nowe pytania".
UWAGA: Nie nominujemy osoby, która Ciebie nominowała !!!"

A oto i pytania!
1. Co lubisz jeść na śniadanie?
Świeży chlebek z masłem, do tego wiejski serek lub jogurt i kawa rozpuszczalna :) Bez śniadania nie wyjdę z domu, i to radzę Wam wszystkim bo to najważniejszy posiłek dnia!

2. Ulubiony film?
Cholera, nie wiem. Chyba "Milczenie owiec". Lecter jest chyba moim "ulubionym" bohaterem ;) Mogę też oglądać w kółko "Zieloną milę", chociaż zawsze na niej ryczę, więc nie wiem czy można to zakwalifikować do ulubionych filmów.

3. Ulubiona książka?
Brak. Czytam je namiętnie i trudno mi wybrać jedną, ukochaną. Niektórym może się wydać nieprawdopodobne, ale ja np. "Potop" czytałam z 5 razy. Po prostu kocham czytać :)

4. Wymarzone wakacje?
Ciepłe morze, piasek i mój narzeczony :) Nic więcej mi do szczęścia nie trzeba!

5. Praca marzeń?
Aaaa to niech pozostanie moim malutkim sekretem :)

6. Kosmetyk, do którego wracasz?
Jest ich kilka. Wracam zawsze do balsamu AA maliny, CARMEXu w tubce, wracałam też do tuszu Maybelline, ale go wycofali :(

7. Trampki czy szpilki?
Szpilki :) Albo baletki, bo trampek nie lubię, mam tylko jedne w kwiatki które toleruję ;)

8. Ulubiony zapach?
CK One. zdecydowanie mój ideał.

9. Co poprawia Ci humor?
Komedia romantyczna, dobra książka, muzyka, spacer w lesie. Wszystko zależy od okoliczności.

10. Gdybyś mogła kupić jedną rzecz, bez względu na cenę, co by to było?
Porsche 911 carrera S cabrio. Koniecznie czerwone :)

11. Kosmetyk, którego nie masz, a chciałabyś mieć?
Hm, chyba nie mam takiego. Jak coś za mną "chodzi", to idę i kupuję ;)

Żeby tak jak mój poprzednik złamać parę zasad ;) Dorzucę dwa pytania i tylko dwie osoby, które nominuję do zabawy :)
Pytania:
 
12. W trzech zdaniach opisz swój codzienny makijaż.
Mój wygląda tak banalnie, że jedno zdanie starczy :D Mycie twarzy, tonik, krem i tusz do rzęs :) I jestem gotowa do wyjścia!

13. Najlepszy kosmetyk do włosów, który poleciłabyś przyjaciółce.
U mnie to maski z Biovax. Którą bym poleciła przyjaciółce? Zależy jakie miałaby włosy :)

Osoby nominowane:
1. http://kobieca-strefa.blogspot.com/
2. http://zmakeupizowani.blogspot.com/

piątek, 17 maja 2013

Tusz do rzęs Maybelline Define A Lash Mascara


Mam ochotę strajkować pod siedzibą Maybelline! WYCFANO! Mój ukochany tusz do rzęs! (Ok, czasem go "zdradzałam", np. z Rimmelem, ale wciąż do niego wracałam bo był niezastąpiony! :(
A miałam pisać jego recenzję... Mam ten tusz od jakiś 2 miesięcy (i od tego czasu zbierałam się za recenzję i wciąż nie miałam kiedy albo wpadło mi w ręce coś innego co koniecznie trzeba opisać...) i chyba kupiłam ją w "ostatnim rzucie" zielonych maskar do sklepów :( Bardzo żałuję, to najlepsza maskara na jaką trafiłam, z idealną szczoteczką. A teraz co? Pozostaje mi szukać odpowiednika :(
Może mi coś polecicie z podobną szczoteczką? :(

poniedziałek, 13 maja 2013

Frencz w wydaniu blondynki



Macie czasem taką uroczystość, na którą chcielibyście zrobić coś z paznokciami, ale nie bardzo wypada je malować? Np. imieniny starszej ciotki, albo spotkanie służbowe? Ja miałam już parę takich okazji i zawsze na nie wybieram niezawodny french manicure, z malutkim dodatkiem ;)


Co nam potrzeba? Zwykły biały lakier, odżywka do paznokci i srebrny lakier z cienkim pędzelkiem. Najpierw maluję białe końcówki, potem na jeden z nich (u mnie wybór padł na palec serdeczny, ale widziałam też na kciuku) nakładam jeszcze cienką kreskę srebrnego w miejscu, w którym kończy się biała końcówka i zaczyna niepomalowany paznokieć. Po wyschnięciu serwuję im odżywkę i voila! 


Fotografie powyżej przedstawiają moje paznokcie, które zostały w ten sposób pomalowane na obronę pracy magisterskiej. Dla lakieromaniaczek to nic odkrywczego, ale może kogoś zainspiruje? :)

wtorek, 7 maja 2013

Balsam do włosów zniszczonych, łamliwych i osłabionych Green Pharmacy pokrzywa zwyczajna



Kupiłam go zachęcona dobrym działaniem szamponu pokrzywowego z tej serii. Koszt to ok. 7 zł, a więc nie są to jakieś wielkie pieniądze. Odżywka wg producenta ma szybko regenerować włosy, wzmacniać je, nawilżać i odżywiać. No i przede wszystkim – zapewniać im wszystko co niezbędne do intensywnego wzrostu oraz ułatwiać rozczesywanie. A jak było w rzeczywistości? Przeczytajcie.



Balsam zamknięto w butelce bardzo podobnej do szamponu. Brązowa, lekko przezroczysta, stylizowana na starą. Balsam ma biały kolor i lekko ziołowy zapach, który nie utrzymuje się na włosach. Konsystencja jest lekko „wodnista” (nie jest gęsty), ale pomimo wszystko jest wydajny. Stosowałam go 2 tygodnie za każdym razem, gdy myłam włosy, żeby recenzja była jak najbardziej prawdziwa. Co mogę o niej powiedzieć? Na pewno włosy są puszyste i sypkie (końcówki niestety trochę się „puszą”, więc trzeba na nie zaaplikować jakiś olejek). Nie obciąża włosów, ale nie rozczesują się po nim dobrze – konieczny jest jakiś produkt w spray’u, który nam to ułatwi. Odżywianie – myślę, że na swój sposób działa; włosy są błyszczące i wyglądają zdrowo. No ale niestety – tylko wyglądają, i to piewszego dnia, drugiego wrażenie zanika. Więc to chyba tylko chwilowy efekt… Czy przyspiesza porost? Tego nie jestem pewna. Ostatnio moje włosy „ruszyły z kopyta”, ale to może być efekt wiosny i wielu, wielu innych czynników (m.in. olejowania czy suplementów diety).
Co do analizy składu – nie jest zachęcający. Jeden konserwant i jeden surfactant zaznaczony dwoma czerwonymi kwadratami (halo, halo panie producencie? To ma być ta „sama natura”? Coś tu jest nie tak!). Cóż, nie zachęca to mnie do jej używania, oj nie…
I najważniejsze pytanie – czy do niej wrócę? Hm, chyba nie. Nie jest zła, ale puszenie, rozczesywanie i skład psują dobre wrażenie… Zobaczę jakie będą efekty po jej zużyciu i wtedy podejmę ostateczną decyzję.

sobota, 20 kwietnia 2013

Przepisowo – sałatka z kapusty pekińskiej.



Mniam, moja ulubienica, zdecydowanie! Mogłabym jeść ją codziennie, a i tak by mi się nie znudziła. To przepis, wg którego robiła mi ją moja babcia – i chociaż do dziś nie przepadam za sałatkami (oprócz jarzynowej na święta) ta jest wyjątkowo pyszna! Na dodatek jest bardzo zdrowa – zawiera mnóstwo białka i witaminy z grupy A, B1, B2 i C. Mało? W składzie ma też wapń, żelazo, cynk, potas, fosfor, magnez i kwas foliowy. Wapń to podstawowy budulec kości, żelazo zapobiega anemii, a cynk wspomaga i reguluje ciśnienie i pracę serca. Dodatkowo marchewka poprzez beta karoten i witaminy korzystnie wpływa na wygląd cery i zapobiega starzeniu się organizmu. To chyba wystarczające powody, żeby wypróbować tą sałatkę? :)


SKŁADNIKI:

  1. kapusta pekińska – wybierajmy tą średniej wielkości, bez dużej ilości ciemnozielonych liści (tzw. młodą). Jedna główka średniej wielkości starcza na dwie duże sałatki.
  2. Marchewka – dwie średniej długości starczą na sałatkę z połowy kapusty.
  3. Dressing – śmietana, jogurt, majonez – do wyboru do koloru. Ja lubię opcję ze śmietaną.
  4. Sól, cukier, cytryna do smaku




SPOSÓB PRZYRZĄDZANIA:

Połowę kapusty posiekać drobno nożem i wrzucić do miski. Na wierzch ścieramy na grubszej ściance tarki marchewki, a potem dodajemy szczyptę soli, ok. niepełną łyżeczkę cukru i skrapiamy sokiem z cytryny. Ostawiamy na około godzinę, a następnie tuż przed podaniem dodajemy śmietanę (ewentualnie jogurt, majonez, co kto lubi) – ok. 4 – 5 łyżek. Dokładnie mieszamy i voila! Mamy pyszną sałatkę, która jest świetną opcją zarówno do obiadu, jako lekka kolacja czy jako przystawka na imprezę. 

 

piątek, 5 kwietnia 2013

Regenerujący krem do rzęs L’biotica



Odżywkę zakupiłam w aptece za zawrotną sumę 11 złotych. Zamknięta w małym opakowaniu 10ml, ma aplikator z którego po naciśnięciu wydobywa się cieniutki paseczek przezroczystego żelu. W aplikacji jest bardzo łatwa – to tak, jakbyśmy tym żelem robiły kreskę na powiece, tuż przy linii rzęs. Odżywkę należy stosować na noc, przez minimum 30 dni. 


 

















Przyznam szczerze, miałam pewne wątpliwości gdy już ją kupiłam i przeczytałam o niej opinie. Najłagodniejsze z nich brzmiały: „oczy są rano zapuchnięte, ropieją i kleją się”. Dla mnie – użytkownika soczewek to byłoby nie do zniesienia, więc prawie tydzień robiłam do niej podchody. W końcu, 2 marca się zdecydowałam. Stosowałam ją sumiennie przez 30 dni (nie 31, raz zapomniałam). Czy opinie na wizażu są prawdziwe? Raczej nie. U mnie nie było żadnego z tych efektów ubocznych. Rano oczy miałam takie jak zwykle, raz wstałam z podpuchniętymi, ale to był efekt siedzenia do późna nad książką, nie zaś odżywki.
Efekty mojej kuracji są widoczne na fotkach poniżej:
Oto moje rzęsy przed kuracją. Najdłuższe sięgają 1 cm, reszta to ok. 8 mm.


A to moje rzęsy po 30 dniowej kuracji. Tu już najkrótsze mają centymetr, a najdłuższe ok 13-14 mm!


Uprzedzając pytania - mam naturalnie czarne rzęsy, na zdjęciach nie są one niczym zabarwione ani pomalowane.
Efekty przeszły moje najśmielsze oczekiwania. Rzęsy już po 4 – 5 dniach stosowania miałam inne. Były lekko zagęszczone, a gdzieniegdzie zaczęły wystawać malutkie włoski – a więc znak, że rosną nowe! Nie spodziewałam się, że odżywka tak szybko zdoła coś zdziałać!
Jak widać po centymetrze (którego podczas mierzenia o mało nie wpakowałam sobie do oka…) rzęsy urosły mi o ok. 3 – 4 mm. Zagęszczenie wygląda o niebo lepiej – jest ich ze dwa razy więcej, są grubsze i dłuższe! 
Moim zdaniem to genialna odżywka za niewielkie pieniądze. Stosuję ją nadal, jest bardzo wydajna i zostało mi jej jeszcze pół. No i z niecierpliwością czekam na dalsze efekty! ;)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Maska do włosów Herbal Essences Szczęśliwe zakończenia



Dziś chciałabym Wam przedstawić jedną z najfajniejszych masek do włosów na jakie trafiłam. To Herbal Essences szczęśliwe zakończenia z ekstraktem z czerwonych malin i jedwabiu. Niestety – nie jest do dostania w Rossmannie, w Naturze również jej nie widziałam. Ja trafiłam na nią w wakacje w supermarkecie (L’eclerc, Kaufland – w tych na 100% je widziałam), na dodatek w promocji, za 11,99 zł. (Bez promocji to koszt ok. 15 – 16 zł) Kupiłam wtedy trzy opakowania i na razie mam zapas :D



Opakowanie to czerwony odkręcany słoiczek, który kryje maskę w kolorze różowym, o cudownym malinowym zapachu. Zakochałam się w niej od pierwszego powąchania, a już po pierwszym użyciu ślubowałam jej wierność ;) Maska jest mało wydajna – niestety. Chociaż może to tylko moje subiektywne zdanie, bo moje końce „piją” dużo odżywek i dlatego sporo jej nakładam. Nie zastosowałam jej tak, jak zaleca producent, na parę minut, tylko na całą godzinę pod czepek i ręcznik – moje włosy są na tyle chłonne, że muszę im dać chociaż pół godziny na „wypicie”.
A teraz przejdźmy do efektów: po jej użyciu włosy są po prostu cudowne: miękkie i śliskie, ładnie nawilżone. Końcówki się nie puszą, a włosy lekko rozczesują. Maska nie obciąża ich – nie zauważyłam żeby były przyklapnięte czy przetłuszczone. Przy okazji delikatnie nabłyszcza – jak dla mnie ideał! Nie stosuję jej często – ok. raz na tydzień/dwa, bo boję się, że włosy mi się do niej przyzwyczają. Jak na razie – z dobrym skutkiem, bo zużyłam już półtora słoiczka i efekty nadal są widoczne :)
Co do analizy składów – dziękuję za długi i wyczerpujący moje wątpliwości komentarz pod postem o szamponie od osoby Anonimowej – strona http://www.cosdna.com/eng/ingredients.php/ stała się jedną z moich ulubionych i wiem już, że dziś opisana odżywka z herbala ma 3 konserwanty (preservative), które zostały zaznaczone jako czerwony kwadracik – a więc są szkodliwe. Moim zdaniem 3 negatywy na 11 składników zielonych (!) i kilka żółtych to i tak niezły wynik, zważywszy na jego naprawdę fajne działanie na moje włosy.
A Wy? Próbowałyście już kosmetyki herbal essences? Jak na Was działają?